piątek, 28 września 2012

Gawęda w MOK

W środę 26 września w sali konferencyjnej MOK zgromadziła się pokaźna, bo około 40 osobowa grupa policzan. Zaprosiłem ich na spotkanie z Bartoszem Sitarzem, policzaninem magistrantem US który popełnił interesującą pracę magisterską. Jej treścią były powojenne dzieje Obwodu Weleckiego potem Powiatu Szczecińskiego. Te czasy interesują Bartka szczególnie. Stąd tematem gawędy były „Police i okolice w pierwszych latach powojennych 1945-1950”.



Podczas spotkania prelegent nakreślił genezę zmian terytorialnych od ustanowienia Powiatu Randow, poprzez ustalanie granicy państwa po zakończeniu wojny aż po ustanowienie granicy Powiatu Szczecińskiego. Opowiadał o przybyciu Polaków w okolice Polic, o utworzeniu Enklawy Polickiej, demontażu fabryki benzyny syntetycznej, o powolnym rozwoju i zagospodarowaniu nowych terenów, zakładaniu małych zakładów rzemieślniczych, sieci handlowej. Zaprezentował kopie wielu ważnych dokumentów, pieczęci urzędowych. Całość była poparta pokazem multimedialnym. Po wykładzie rozpoczęła się dyskusja, padały pytania. Ciekawa była wypowiedź pana Romana Choroszyńskiego - przewodniczącego MRN w latach 1962-1972, który przypomniał obecnym obraz Polic we wczesnych latach powojennych.



Spotkanie było ciekawe. Bartosz zaprezentował się po raz pierwszy tak szerokiemu audytorium i teraz wypada czekać na wydanie pozycji książkowej jego autorstwa, być może jeszcze w tym roku.

jan

foto - Wiesław Gaweł i Dominik Wołyński

niedziela, 16 września 2012

Wspomnienia Jana Benedykta Kozińskiego

Na tę książkę czekałem od dawna. Z przyczyn obiektywnych nie byłem na spotkaniu z Panem Janem, 89-letnim łodzianinem w Policach w „Skarbie”. Ale wieść o wydaniu jego wspomnień dotarła tam gdzie trzeba, do miłośników historii Polic. Na 111 stronach Jan Koziński zawiera swe wspomnienia z pobytu w Policach w latach 1940-1945. W swych opisach pokazuje nam miasto, jego mieszkańców, więźniów, pracowników przymusowych w nieco innym niż dotąd świetle.



Jan Benedykt Koziński został skierowany do Polic jako pracownik przymusowy. Pracował w fabryce benzyny syntetycznej od maja 1940 r. do 25 września 1941r. Potem do marca 1945 r. był zatrudniony w zakładzie ogrodniczym Gartenbau Carl Bootz. Wreszcie u schyłku wojny przebywał w Ueckermünde.

Podczas pobytu w Policach był zakwaterowany w Pommernlager (1940-1941), na statku SS Bremerhaven (1941-1943), w zakładzie ogrodniczym między dzisiejszymi ulicami Grunwaldzką - Starzyńskiego - Polną i alejką Rosenweg (1943-1945).



Autor opisuje swe przeżycia od momentu zesłania na roboty przymusowe w głąb Niemiec do Polic. Lata spędzone w Policach. Opisuje warunki egzystencji w Pommernlager, statku Bremerhaven, w przybudówce na terenie zakładu ogrodniczego. Opisuje atmosferę panującą wśród Niemców, więźniów, pracowników przymusowych. Z opowiadania wyłania się obraz III Rzeszy, butnej, ekspansywnej na początku wojny, a potem przez kolejne lata jej powolny upadek, aż po kapitulację.



Wspomnienia wzbogacone są dużą ilością zdjęć, fotografii, kopii dokumentów dowodzących wojennej drogi życia Kozińskiego. Zwraca uwagę nowy obraz wojennych Polic, relacji Niemcy - więźniowie, warunków obozowych. Znamienne jest to, że w książce ani razu nie użyto określenia tak często wcześniej powielanego „Statek śmierci „Bremerhaven”. Z tekstu wynika, że nie wszyscy Niemcy byli okrutni, bestialscy, bezwzględni. Wielu z nich nie chciało wojny i jej okrucieństw. Dowiadujemy się, że pracownicy przymusowi mogli (choć nie wszyscy) dysponować wolnym czasem, spotykać się, otrzymywać paczki żywnościowe, korzystać z okrojonej pomocy lekarskiej. Ale też w kartach książki przewija się nieustanna świadomość oddalenia, ubezwłasnowolnienia, głodu, braku higieny i podstawowych warunków egzystencji.

W końcowej części książki Jan Antoni Kłys zadaje autorowi pytania dotyczące wielu wątpliwości co do lokalizacji wojennych obiektów, obozów, fabryki, schronów. Koziński wyjaśnia wątpliwości zarzekając się, że upływ czasu może spowodować, iż jego wiadomości są niepełne lub wymagające uzupełnień.

Książkę Jana Benedykta Kozińskiego czyta się wartko. Rzuca ona nowe, skorygowane spojrzenie na Police 1939-1945. Wspomnienia Kozińskiego bardzo różnią się od Józefa Jagodzińskiego - więźnia Außenlager Pölitz. Pewnie głównie z powodu, że status więźnia obozu różnił się bardzo od pracownika przymusowego. Choć i tu i tu ludzie cierpieli okropieństwa bezsensownej wojny. Osobiście cieszę się z wydania takiej pozycji przez Urząd Gminy. Nasza wiedza o Policach systematycznie się poszerza.

Pozycję można nabyć choćby w CITiK w MOK. Zachęcam!

jan

czwartek, 13 września 2012

Amerykanie w Policach


13 września w sali sesyjnej UM spotkała się kilkunastoosobowa grupa osób. Doszło do spotkania, w którym Police odwiedziła 3 osobowa grupa Amerykanów poszukujących miejsca, groby lotników, którzy na Ziemi Pomorskiej zakończyli swe życie. Stronę amerykańską reprezentowali Christine Cohn, Scott Anderson i Brian M. Foss. Ekipie polickiej przewodził burmistrz Władysław Diakun. Pozostałe grono to znani w mieście i poza jego granicami Darek Szaliński, Łukasz Socha, Dominik Wołyński, Jan Antoni Kłys, Wiesiek Gaweł, dr Grzegorz Ciechanowski, członkowie „Skarbu” oraz moja skromna osoba.



Podczas II wojny światowej Brytyjczycy, Amerykanie wielokrotnie bombardowali wyznaczone im strategiczne cele, obiekty, miejsca. Wielu z nich zginęło. Dotąd na Pomorzu 250 z nich nie zostało jeszcze odnalezionych. W okolicach Szczecina nie zlokalizowano dotąd 35 mogił Amerykanów. Wiadomym jest, że w okolicach Polic zestrzelono 2 samoloty. Korpus jednego z nich spoczywa nadal w wodach jeziora Stolsko w Stolcu. Losy drugiej maszyny są nieznane. Dominik Wołyński przedstawił meldunki jakie we wczesnych latach powojennych składali świadkowie tamtych dni. 13 sierpnia 1946 r. w dokumencie do władz powiatu szczecińskiego pisze, że na terenie wsi Brzózki na miejscowym cmentarzu jest grób żołnierza amerykańskiego zestrzelonego nad Dużą Zatoką, lecz jego personalii nie ustalono. 21 listopada tego samego roku wójt Bukowski melduje o grobie lotnika amerykańskiego, który poległ w walce powietrznej nad zatoką.



Mamy zatem dwa oświadczenia o istnieniu mogiły. Dziś cmentarza w Brzózkach nie ma. Podobnie jak wiele innych został zniwelowany, a groby zostały zrównane z ziemią. Wójt Jan Skorek w dokumencie z 3 marca 1948 r. pisze, że w gminie mają być groby amerykańskie w Brzózkach, Jasienicy, Trzebieży. Informacje pochodziły od miejscowej ludności.

Delegacja amerykańska z uwagą notowała informacje podane przez Dariusza Szalińskiego, Łukasza Sochy, popularnego „Domino”, innych uczestników spotkania. Zadawano wiele pytań, padały odpowiedzi, które dadzą Amerykanom możliwość wskazania domniemanych mogił. Jeśli tak się stanie następna ekipa z USA przybędzie, by po uzyskaniu stosownych pozwoleń rozpocząć konkretne prace w poszukiwaniu szczątków dzielnych Aliantów.



Po pobycie w UM uczestnicy spotkania udali się do Przęsocina na cmentarz na którym w jego zachodniej części znajduje się symboliczny grób-pomnik poświęcony Aliantom ze stosowną inskrypcją: „Lotnikom alianckim poległym na polu chwały w marcu 1945 roku”. Złożono wieniec, zapalono znicze. W przyszłości (a wszystko na to wskazuje) dojdzie do kolejnego spotkania już z konkretnymi działaniami. Amerykanie mogą liczyć na władze miasta szczególnie „Skarbu”, który goście zza oceanu także odwiedzili.

jan

środa, 5 września 2012

Tanowo - kościół którego nie ma


Przejeżdżając przez Tanowo w kierunku Dobieszczyna, Węgornika, Zalesia, Tatyni mijamy charakterystyczny ostry zakręt obok niewielkiego wzgórza nazywanego często w literaturze historycznej, popularnonaukowej, przewodnikach turystycznych Górą Żalisko.

Na początku XIX wieku na Górze Żalisko wybudowano ryglowy kościół z wieżą, przy którym grzebano zmarłych. Ze wzgórzem usytuowanym na zakręcie przy ul. Szczecińskiej związana jest legenda jakoby „Żercy” mylnie tłumacząc znaczenie godów w Kanie Galilejskiej zostali zamienieni w drzewa do momentu zmiany błędnego tłumaczenia. Są przeciwnicy używania takiej nazwy wzgórza. Jest nieraz pewne, że w przedwojennej literaturze takie określenie nie było używane. Pojawiło się zapewne w czasach nam bliższych, gdy pisano przewodniki turystyczne, opracowania pomorskich, nie tylko podszczecińskich miejscowości.



Tanowo ustanowiono jako samodzielną parafię 1.10.1847 r. Podobnie jak kościół w Tatyni była kościołem filialnym w Jasienicy. W 1940 r. podlegały jej miejscowości: Alt Glashütte - Huta Gunicka, Alt Leese - Stare Leśno, Günnitz - Gunice, Hagen - Tatynia, Hohenleese - Leśno Górne, Neuhaus - Sławoszewo, Trestin - Trzeszczyn, Zedlitzfelde - Siedlice. W 1940 r. parafię stanowiło 2.300 wiernych.



Wiele dokumentów kościelnych z Tanowa: chrzty, komunie, śluby, pogrzeby znajdują się w Centralnym Archiwum Ewangelickim w Berlinie Kreuzbergu.



Proboszczowie kościoła w Falkenwalde 1847-1945

1. Karl Gustav Wilhelm Müller, 1847-1851

2. Gustav Hermann Dittmar, 1852-1854

3. Heinrich Friedrich Ferdinand Clasen, 1854-1869

4. Wilhelm Hermann Müller, 1869-1887

5. Johann Friedrich Wilhelm Gützlaff, 1888-1921

6. Friedrich Jendersie, 1922-1939.

W 1808 r. pobliskie Police odzyskały swą autonomię, co miało automatyczne przełożenie na ościenne wsie i osady. W tym wieku zbudowano w Tanowie wspomniany już wyżej kościół ryglowy, bardzo podobny do świątyni w Tatyni oraz nieistniejącego kościoła w Mścięcinie. Kościół był konstrukcji ryglowej. Wnętrze salowe z ołtarzem, ławami, wyposażeniem wnętrza. Usytuowano go na wzgórzu w otoczeniu starych lip. Przy kościele istniał cmentarz. W 1917 roku na kościelnym placu postawiono pomnik pamięci mieszkańców Tanowa, którzy zginęli na frontach I wojny światowej. Pomnik ten powalony w ziemię istnieje do dziś. Można na nim odczytać nazwiska kilkudziesięciu tanowian, którzy zginęli na frontach w różnych miejscach Europy.



Dotąd sylweta, a właściwie fragment nieistniejącego kościoła w Tanowie mogliśmy poznać jedynie z albumu „Police i okolice na starej fotografii”. Wśród wielu zdjęć jedno ukazuje szczyt wieży tanowskiego kościółka z charakterystycznym barokowym hełmem zwieńczonym kulą i iglicą z chorągiewką. Z czasem dzięki Andrzejowi Kowalikowi i jego widokówkom bryła świątyni zaczęła się powoli „odsłaniać”. Widać otoczenie kościoła zarys bryły, ostrołukowe okna boczne, ożebrowania ścian zewnętrznych. Kościół był pięknie wkomponowany w otoczenie, otoczony starodrzewiem, przykościelnym cmentarzem, blisko drogi łączącej Szczecin z Ueckermünde. Był niewątpliwie ozdobą podpolickiej miejscowości.



Dziś tylko wzgórze przypomina, że było to miejsce kultu. Lubię je odwiedzać i postać chwilę w cieniu starych lip. Od powojnia msze św. odprawiane są w osobliwym kościele p.w. NSPJ, w byłej Gospodzie pod Lipami. Wkrótce ruszy budowa nowej świątyni. Nie wszyscy wiedzą, że w pierwszych pionierskich planach budowy, jej kształt miał nawiązywać i przypominać nieistniejący kościółek z Góry Żalisko...

Jan