środa, 31 grudnia 2014

AD 2014-tego nie zapomnę.Tekst nieco osobisty

Koniec roku, czas na podsumowania, osobiste refleksje, oceny. Czynię to niniejszym kusząc się o bardzo osobiste refleksje. Taką możliwość daję mi autorski blog Police750.   

2014 rok był dla mnie istotny z wielu powodów. Te najważniejsze to wyzwania jakich się podjąłem dodatkowo poza pracą, życiem osobistym. Zanim jednak o nich wspomnę kilka słów o wydarzeniach, które były dla mnie ważne, organizowałem je lub w nich uczestniczyłem. W szkole był to kolejny Szkolny Dzień Olimpijczyka, który organizuję od lat. Impreza skupia wszystkich uczniów mej szkoły w Tanowie, przedszkolaków i wychowanków SOSW w Tanowie. Na stadionie gromadzi się ponad 200 małych sportowców, zaproszeni goście. Najważniejsi z nich to olimpijczycy. W tym roku był nim niegdyś znakomity kolarz, olimpijczyk Rajmund Zieliński. Wcześniej w Tanowie gościli olimpijczycy, paraolimpijczycy: pływacy, wioślarze, lekkoatleci, medaliści mistrzostwa świata, Polski. Po wniesieniu flagi olimpijskiej, odczytaniu apelu olimpijskiego rozpoczyna się rywalizacja w biegach, grach zespołowych, zabawach ruchowych. To wielka impreza jednocząca społeczność szkoły. A tanowska „buda” jest szkołą niewątpliwie sportową!



To było w szkole, a w MOK? W maju współorganizowałem i prowadziłem w rynku Starego Miasta I Piknik pod Sediną. Rynek w nowej szacie, mała scenka i ludzie - wykonawcy, widzowie. A dookoła rynek jaki znamy ze swą specyficzną scenerią i atmosferą. Bardzo cieszyła mnie ta impreza, gdyż na sercu leży mi ożywienie kulturalne tego miejsca grodu. Poszliśmy za ciosem i już w czerwcu w Parku Staromiejskim zorganizowaliśmy wielki koncert „Brzmienia Wolności” na 25 lecie odzyskania wolności. Koncert zgromadził wielu policzan. Na scenie muzycy pod kierownictwem Piotrka Brody, jednego z pomysłodawców i organizatorów przedsięwzięcia. Impreza udowodniła jak wielu utalentowanych ludzi (w tym wypadku muzyków) nas otacza i jak wielkie rzeczy w wymiarze środowiskowym, regionalnym potrafią dla dobra innych uczynić. 

 


Kulturalnym zwieńczeniem MOK-owskiego roku był I Muzyczna Wigilia na Starym Mieście. Wiekowy plac został rozśpiewany przez chóry, formacje muzyczne. Pogoda nam dopisała, widownia też, stąd z satysfakcją odnotowałem już drugą sporą imprezę zorganizowaną dla tamtej części miasta i ich mieszkańców.

Mijający rok był dla mnie nader pracowity w zgłębianiu i przybliżaniu poprzez publikacje historii małych ojczyzn. Współpracowałem wraz z innymi autorami w tworzeniu Encyklopedii Polic, która ma się w 2015 r. ukazać. Pochłonęła mnie praca nad spisaniem historii podnyskiej wsi, w której mieszkałem, uczęszczałem do szkoły, w wolnych chwilach bawiłem się z rówieśnikami. Zostałem zaproszony do napisania pozycji Hajduki Nyskie wczoraj i dziś. Monografia została wydana z inspiracji Stowarzyszenia Rozwoju Wsi Hajduki Nyskie. Szata graficzna, jakość edytorska sprawiły mnie i wydawcom wiele satysfakcji. Sprawą nobilitującą dla mnie i pomysłodawców była promocja pozycji w Muzeum Nyskim 9 listopada AD 2014. Wypełniona po brzegi sala, znamienici goście w tym burmistrz, starosta, przedstawiciele sejmiku woj. opolskiego, moje rodzeństwo, przyjaciele, znajomi z Ziemi Nyskiej i osoba najważniejsza - moja polonistka, najlepszy, charyzmatyczny nauczyciel mego życia prof. Kornelia Czaja, która uczyła mnie języka polskiego w nyskim LO - słynnym Carolinum.

Pod koniec roku zostałem zaproszony przez Jana Antoniego Kłysa do napisania tekstu do II Rocznika Historycznego Polic. Napisałem artykuł Gród słowiański w Mścięcinie w IX-XI wieku. Ten okres przeszłości jest mało znany policzanom i sądzę, że warto go (gdy ujrzy światło dzienne) przeczytać przenosząc się w czasy najpierw neolitu, potem średniowiecza.

W pamięci zapadły mi kolejne wizyty w Kępnicy i Hajdukach, rodzinnych wsiach odległych od biskupiej Nysy o kilka km. Mam tam wielu znajomych, przyjaciół. Tam spędziłem dzieciństwo. Stamtąd w 1974 r. ruszyłem do wojska, by po służbie zamieszkać najpierw w Szczecinie, potem Policach, teraz w Tanowie. 

 

  


W maju odwiedziłem Hajduki, by spotkać się z członkami Stowarzyszenia: Jackiem Czuchraj, Aliną Szczerską, Zygmuntem Zyskiem i wieloma innymi zacnymi ludźmi. Celem spotkania była książka, która miała się ukazać pół roku później. We wsi byłem kilka godzin wraz z siostrzeńcem Januszem. Kilka z nich spędziłem sam na sam z majestatem świątyni z XIII w. Sam na sam z Bogiem Wnętrze pyszne, wyposażenie piękne, a polichromia z przełomu XV/XVI w. udowadniała istnienie Stwórcy ukazanego w Pasji. Wykonałem dziesiątki zdjęć, z których kilkanaście wykorzystałem w monografii. Dużym przeżyciem było dla mnie trzymanie w ręku pacyfikału wykonanego w nyskim warsztacie złotniczym Marcina Kondziołki. Mistrz wykonał to dzieło w 1667 r. dla świątyni w Hajdukach. Dowodzi tego stosowna inskrypcja. Z wieży kościelnej rozlegała się niepowtarzalna panorama okolic z majestatyczną królową Gór Opawskich Biskupią Kopą. Na horyzoncie za barwnymi polami widniał zarys gór Kotliny Kłodzkiej i Jeseników na Morawach. A tuż tuż panorama rozległej Nysy z masywną sylwetą katedry św. Jakuba. 

 

 
  


Okres jesienny zapamiętam z chrzcin naszego nowego członka rodziny, wnuczki Hani, prezentu córki Katarzyny, która ową latorośl powiła. Schyłek roku to również jubileusz 40-lecia mojej pracy. Nie do wiary. To już tyle czasu? Okazuje się, że tak. Trzeba będzie z tej okazji z kolegami i koleżankami z MOK i szkoły spotkać się przy „małym co nie co”. Mam szczęście od życia. Wykonuję od wielu lat pracę, którą uwielbiam. Wspiera mnie rodzina, pracuję z ludźmi: dziećmi, młodzieżą, dorosłymi. To wielka frajda i satysfakcja dla mnie. To także wyzwanie, by w różnych sytuacjach sprostać oczekiwaniom, spełnić dobrze swą misję, rolę, mieć z tego satysfakcję i czuć zadowolenie współpracowników. Udaje mi się to gdyż otaczają mnie ludzie życzliwi, ciekawi, utalentowani, pracowici, po ludzku fajni. I niech tak będzie w 2015 roku i następnych.



Aha! Na koniec wybory samorządowe. Policki samorząd lokalny (ten demokratyczny) obserwuję od 1990 r do dziś. Wyniki wyborów do VII kadencji samorządu gminnego nie zaskoczyły mnie. Wypadły tak jak przypuszczałem. Pożegnałem, kilku kolegów radnych, gratulowałem come - backu tym, którzy powrócili po przerwie. Wszystkich ich znam i na współpracę dla dobra środowiska się piszę.

W nowym 2015 roku życzę wszystkim, których znam osobiście bardzo blisko, na co dzień, spotykam w różnych sytuacjach życzę zdrowia i powodzenia! Niech Wam się wiedzie!

jan


środa, 24 grudnia 2014

czwartek, 11 grudnia 2014

Moje Anioły

Fascynowały mnie zawsze. Piękne, wyniosłe, smutne, sympatyczne, świąteczne, nostalgiczne, radosne, duże, małe, sakralne, cmentarne, świeckie jako ozdoby. Anioły mego życia.

Te duchowe niegdyś żyjące (większość ich w Niebie), te otaczające mnie w domu, pracy, środowisku. Poświęciłem im swego czasu wystawę w Miejskim Ośrodku Kultury. Zgromadziłem wówczas w holu i na I piętrze wielu gości, którzy podziwiali anioły zgromadzone na wystawie, malowane, rzeźbione, w płaskorzeźbie.



Najpiękniejsze są bodaj cmentarne, zadumane, opłakujące zmarłego. Wzruszające są te stojące nad mogiłą dziecka. Anioły, dobre duchy!



Szczególną grupę w anielskiej hierarchii zajmują anioły chrzcielne. Niegdyś bardzo popularne, podwieszone u pułapu świątyń, dzierżące w ręku konchę ze święconą wodą. Były w kościele w Stolcu, Tatyni, Tanowie, Przęsocinie...Niewiele się z nich zachowało.



Na zdjęciach prezentuję nieistniejącą rzeźbę z tatyńskiego kościółka i niezwykłego anioła, który cieszy oko do dziś w Nowym Warpnie. Wisi pod sufitem stanowiąc jeden z elementów pysznego we wnętrzu kościoła. Ostatnie zdjęcie wykonałem samowyzwalaczem w latach 70. XX w. Przedstawia mnie obok rzeźby anioła strzegącego wejścia do kaplicy grobowej arystokratycznego rodu von Magnisów w Ullersdorf - Ołdrzychowicach Kłodzkich w Kotlinie Kłodzkiej. Prawda, że piękny?
jan

poniedziałek, 3 listopada 2014

Książka o wsi, którą znam

Moja przygoda z Ziemią Nyską trwa do dziś. Także w sensie poznawczym, historycznym, publikatorskim. Przez lata gromadziłem materiały ikonograficzne, dokumenty, przeglądałem kroniki Ochotniczej Straży Pożarnej, szkolne, Koła Gospodyń Wiejskich, prywatne zapiski osób, które spisywały wydarzenia. 

Materiału tego było tyle, że postanowiłem własnym sumptem wydać historię mojej rodzinnej wsi Kępnicy rok temu, a w tym roku przy współpracy ze Stowarzyszeniem Rozwoju Wsi Hajduki Nyskie spisać dzieje monografii „Hajduki Nyskie wczoraj i dziś”.




Hajduki poznałem przed Kępnicą, gdy mieszkałem tam miedzy 1963 a 1967 rokiem. Tam się uczyłem, byłem ministrantem, miałem kolegów i koleżanki, swoje ulubione miejsca zabaw. Mieszkałem z rodzicami i wiodłem szczęśliwe dzieciństwo.

 


Hajduki mają swe trzy symbole. To piękny kościół z wieloma zabytkami ruchomymi we wnętrzu, rzeka Kamienica i licząca sobie 185 lat grusza. O tym między innymi piszę w książce. Wieś leży o niespełna 3 kilometry od biskupiej Nysy i o 4 od wspomnianej Kępnicy.
8 listopada w najbliższą sobotę w Muzeum w Nysie o 18.00 odbędzie się promocja książki. Stanę tam przed mieszkańcami wsi, współwłodarzami Nysy i powiatu, radnymi, przyjaciółmi, znajomymi. Szczególnym gościem będzie pani profesor Kornelia Czaja, świetna polonistka z nyskiego Carolinum, moja najlepsza nauczycielka, która zawsze była i jest w moim sercu. Ukłonię jej się jak najniżej jak tylko będę potrafił i ucałuję dłonie.

 


Jeśli ktoś zechce być na promocji, serdecznie zapraszam. To tylko około 450 km od Polic i Tanowa. Pozycja mego autorstwa została wydana w ramach „Europejskiego Funduszu Rolnego na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich”. Będzie rozprowadzana jako egzemplarze bezpłatne.
jan

czwartek, 9 października 2014

Wspomnienie - Ewa Dąbrowska (1965-2014)

Ewę poznałem w 1997 roku, gdy na fali radości tworzenia i zaistnienia w nowej siedzibie Miejskiego Ośrodka Kultury przy Siedleckiej, w dziele otwarcia Ośrodka wspólnie z rzeszą przyjaciół pracowaliśmy. Ona została szefową Galerii „Obok”, która na długie lata narzuciła żywe tempo przedsięwzięć: wystaw, wernisaży, plenerów artystycznych, twórczych spotkań polickich, szczecińskich, niemieckich malarzy, rzeźbiarzy, kreatorów kultury. 



Była dobrym menadżerem. Potrafiła dotrzeć do ludzi i środków finansowych, które pozwalały na realizację kolejnych wydarzeń.




Potem rozpoczęła cichą walkę z chorobą, o której wielu nie wiedziało, gdyż Ewa o niej nie mówiła. Odeszła z Galerii jako szefowa, choć jeszcze stosunkowo niedawno prowadziła jeszcze jako instruktor zajęcia z dziećmi. Zaznaczyła się również działalnością w Nowym Warpnie, a właściwie Karsznie, do którego mnie i moich bliskich zawsze serdecznie zapraszała.




Za jej bytności w Galerii miałem przyjemność dwukrotnej prezentacji moich akwarel na wystawach Moje Małe Ojczyzny oraz Moje Anioły. Zdjęcia które prezentuję pochodzą z obu wystaw. Ewa wręcza kwiaty, otwiera wystawę z dyrektor Anną Ryl. Otwarcie wystaw reżyserował kolejny nieodżałowany kreator kultury Zyzio Zdanowicz (1941-2010) W roli aniołów wystąpiły Magdalena Janecka, Ola Słowińska i inne dziewczyny, wówczas z teatru Izabeli Worony.




Odejście  Ewy zasmuciło nas wszystkich w MOK. Jutro o godz. 10.00 podążymy z Nią w jej ostatniej ziemskiej drodze. Tymczasem wierzę, że tam w Niebie łaskawym dla Artystów spotka się z Zyziem, Marianem Yoph-Żabińskim Bronisławą Mesterhazy-Okopińską, Krzyśkiem Tobołą i wspólnie stworzą kolejne tym razem niebiańskie dzieło...

jan


niedziela, 28 września 2014

Stutthof- obóz śmierci (1)

W sobotę 20 września 2014 r. w piękny wrześniowy dzień, na kilka godzin przed ślubem mojej chrześniaczki Agaty, ruszyłem z Nowego Dworu Gdańskiego do Sztutowa nad Bałtykiem. Celem mego wypadu było odwiedzenie po raz kolejny obozu koncentracyjnego KL Stutthof istniejącego od pierwszych dni wojny do 1945 r. Policzan ten obóz interesuje w szczególny sposób, gdyż w Messenthin-Mścięcinie w 1944 r. utworzono jego filię Aussenlager Pölitz bei Stettin. 

 
 

 

Pierwsi więźniowie do Stutthof trafili już 2.9.1939 r. Poważne transporty więźniów rozpoczęły się w styczniu, lutym 1940 r. W większości byli to mieszkańcy Gdyni, Gdańska przedstawiciele Polonii Kwidzyńskiej, Sztumskiej, Żydzi. Nastąpiło to po likwidacji obozu w Nowym Porcie. 

 

 

 
 

Do 1942 r. obóz miał status miejsca odosobnienia głównie obrońców, mieszkańców Wolnego Miasta Gdańska, Gdyni, okolic. Dopiero 20.2.1942 r. obóz uznano za państwowy. Od tamtej pory kierowano tam transporty więźniów z Polski i innych krajów. W pierwszych transportach z KL Buchenwald, Flossenburg przybyli m.in. Polacy, Niemcy, Czesi, Holendrzy, Belgowie, Jugosławianie, Cyganie, Rosjanie. Transporty nasilały się przekazując do obozu kolejne duże grupy więźniów. 

 

W obozie w latach wojny przebywało łącznie 110 tys. więźniów z czego męczeńską śmierć poniosło 65 tys. więźniów. W sumie w obozie przebywali więźniowie i więźniarki z 21 krajów Europy i Świata.


Dziś w pierwszym fotoreportażu pokazuję zewnętrzne oblicze miejsca kaźni i męczeństwa. W następnym jego wnętrze: baraki obozowe, krematorium, eksponaty...


Zdjęcia przedstawiają od góry: willę komendanta obozu, budynek komendantury, główne wejście do obozu starego- „bramę śmierci”, komorę gazową, wieżę wartowniczą przy starym obozie, a w tle teren obozu nowego, barak kobiecy, szubienicę, w tle komin i budynek krematorium.

jan

niedziela, 14 września 2014

Policka wojenna pamiątka

Coraz więcej dokumentów, zdjęć, informacji dociera do interesujących się okresem II wojny światowej w Policach. W zasobach Galerii Historycznej Polic odnalazłem pocztówkę statku Dampfer „Bremerhaven” cumującego przy Hakenterrase - Wałach Chrobrego.

Pocztówka jest znana kolekcjonerom. Jednak ta, którą prezentuję nabiera dodatkowej wartości gdyż została wysłana z Polic 9.10. 1940 r. przez Bogumiła Sikorskiego, który w tamtym czasie na statku przebywał. Tekst korespondencji jest łatwy do odczytania. Autor tekstu widoczny jest na zdjęciu wykonanym również w 1940 r. W lewej klapie marynarki znak z literą „P”.




O Dampferze Bremerhaven napisano już wiele. Najpierw Henryk Mąka w swej pozycji Bremerhaven statek śmierci. Współcześnie Jan Benedykt Koziński w Przymuszeni z literą „P” jak Police (2011). W tej pozycji obraz statku więzienia jawi się nieco inaczej niż to przedstawił Mąka. Niewątpliwie przebywanie na statku - więzieniu było katorgą,   karą dla osób tam więzionych. Mimo tego jeszcze wielu faktów dotyczących tego obozu pracy nie znamy. Nie wiemy jaki statek naprawdę był, lecz wiemy  co ludzie tam wycierpieli - choroby, głód, tęsknota, ciężka praca, nieludzkie warunki egzystencji... 


Nie wchodzę w szczegóły przy interpretacji krótkiej treści korespondencji, fotografii autora. Pewnie lepiej uczynią to pasjonaci ze „Skarbu”, którzy takie dokumenty posiadają w dużo większej ilości. 

Widokówkę oraz zdjęcie przekazał Galerii Miłosz Sikorski. Dziękuję! 

jan

wtorek, 9 września 2014

VIII Jarmark Augustiański


W ostatnią sierpniową sobotę Jasienica ożyła za sprawą kolejnej imprezy historycznej. Ta różniła się od pozostałych zmianą trasy korowodu, to zaś wymogła uroczystość poświęcenia krzyża i pamiątkowej tablicy przy kameralnym ewangelickim cmentarzu przy ul. Jana Kazimierza.



Tablicę ufundowała Gmina Police, krzyż - parafia p.w. św. Piotra i Pawła w Jasienicy. Tablicę z włodarzami miasta i gminy odsłonili często bywający w Policach Hilde Kliche - była mieszkanka Jasenitz oraz Günter Schmidt z Königsfelde - pobliskiej Niekłończycy. Aktu poświęcenia dokonał zacny ks. prob. Waldemar Szczurowski.




Po dotarciu na miejsce opodal kościoła, ruin zespołu poklasztornego i rzeki Gunicy zaczęła się zabawa z licznymi występami, pokazami walk rycerskich, tańców, pokazów rzemiosła i jego wytworów. Dopisała pogoda, publiczność. A ja jak zwykle w przebraniu udawałem brata zakonnego, prowadziłem korowód z tubą w ręku pracując na scenie lub około niej.

Obok prezentuję trzy migawki z Jarmarku

jan

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Trzeszczyn znany i nieznany

Tę podpolicką miejscowość znają pasażerowie autobusu, kierowcy, rowerzyści, piesi. Leży na popularnym szlaku Police - Tanowo - Zalesie, przez Węgornik nad Jezioro Świdwie, do granicy państwa za Dobieszczynem w kierunku Hintersee, a dalej do innych wsi i miast Niemiec.

 


Z najstarszych zapisów dowiadujemy się, że pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1298 r. W 1336 r. we wsi było 15 gospodarstw, a w XVIII w. odnotowano istnienie 30 budynków w tym szkolnego. W czasie II wojny światowej wieś była o krok od ogromnego koncernu chemicznego - fabryki benzyny syntetycznej. Była narażona na straty jakie niosły ze sobą alianckie bombardowania zakładu.




 Według Ireny Sokołowskiej w 1948 r. w Trzeszczynie powstała 4 oddziałowa szkoła podstawowa z mieszkaniem dla nauczyciela. W latach 1948-1965 uczyli w niej Maria Mirkowa, Kokołowski, Marcinkowska, Franciszek Zieliński.




Dziś Trzeszczyn to głównie wieś przejezdna. Jest w niej sklep, świetlica wiejska, zakład metalurgiczny, stadnina koni. Przez Trzeszczyn się przejeżdża, we wsi się nie zatrzymuje. A warto, bowiem można ujrzeć kilka starych domów, uporządkowany poewangelicki cmentarz, pomnik martyrologii dłuta Mieczysława Weltera. 

 
 

Pokazuję wieś w kilku migawkach. Kolejno: ul. Żymierskiego, stary ładny dom pod nr 18, budynek remizy, przydrożny krzyż, krzyż na cmentarzu, budynek dawnej szkoły.

jan

sobota, 19 lipca 2014

Tajemnice Tanowa (2) - Góra Żalisko


W Tanowie przy ostrym zakręcie drogi w kierunku Tatyni, Dobieszczyna, granicy widnieje niewielkie wzgórze dominujące nad jezdnią maksymalnie 3-4 metry. To miejsce nazywane jest Górą Żalisko. 

Tak pisze o niej Wiesław Gaweł w swej pozycji Gmina Police wydanej w 1997 r.: „...w centralnej jego wsi znajduje się niewielkie wzniesienie zwane Górą Żalisko, na której rosną stare lipy - „żercy” (słowiańskie określenie kapłana). Stara legenda głosi, że tu w Tanowie w XV wieku ówcześni żercy na skutek niewłaściwego tłumaczenia istoty godów w Kanie Galilejskiej zaklęci zostali w lipy i trwać będą w tych postaciach do chwili kiedy zmienią wreszcie swoje heretyckie poglądy”.




Wbrew pozorom Wiesiek ani też ja jak niektórzy sądzą, nie jesteśmy pomysłodawcami, czy też autorami opowieści i nazwy tego miejsca, w którym do wczesnego powojnia stał ładny szachulcowy kościółek. Otóż nazwy tej w literaturze, materiałach piśmiennych jest znacznie więcej i używana jest od dawna. Dotarłem do kilku źródeł: mapa Okolice Szczecina, Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych, Warszawa 1967 ...na wzgórzu Żalisko stare 250- letnie lipy”. W 1972 r. Czesław Piskorski w Powiecie Szczecińskim wydanym w Szczecinie informuje: „W centrum niewielkie wzniesienie Góra Żalisko, na której rosną stare lipy „żercy” (kiedyś stał tu kościół zniszczony podczas wojny)”. Antoni Adamczak, Puszcza Wkrzańska i Wzniesienia Szczecińskie szlaki turystyczne, Szczecin 1993: „W pn. części wsi Góra Żalisko - niewielkie wzniesienie, na którym stał XVIII wieczny kościół ryglowy, zniszczony w czasie działań wojennych w 1945 r.. Rosną tu stare lipy”, Jerzy M. Kosacki, Ziemia Szczecińska, część II- Szczecin i okolice, Szczecin 1994: „Wieś położona nad rzeką Gunicą (...) W centralnej części znajduje się wzniesienie (Góra Żalisko), miejsce składania przez Słowian bogom ofiar z piwa, miodu i zwierząt. Według legendy kapłani za niewłaściwe tłumaczenie istoty godów w Kanie Galilejskiej zostali zamienieni w lipy, a trwać będą aż nie zmienią swoich poglądów. Wiesław Gaweł o Górze Żalisko wspomina też w swych artykułach w Gazecie Polickiej - 1991 i Tytanie -2012.




Pewnie gdybym poszperał więcej, natknąłbym się na kolejne przykłady stosowania oryginalnej nazwy niepozornego w końcu miejsca w Tanowie, wszak nie ma tam już wiejskiej zabytkowej świątyni.

 


W moim Tanowie wczoraj i dziś, 2011 piszę: „Na początku XIX w. na Górze Żalisko wybudowano ryglowy kościół z wieżą, przy którym grzebano zmarłych. Ze wzgórzem związana jest legenda JAKOBY „żercy” mylnie tłumacząc znaczenie godów w Kanie Galilejskiej zostali zamienieni w drzewa do momentu zmiany błędnego tłumaczenia”. 

Legendy tworzą ludzie, wędrowcy, bajarze, przewodnicy na użytek podkreślenia zdarzenia, miejsca, obiektu czy stworzonej fikcyjnej bądź też prawdziwej osoby. Legendy traktuje się różnie z dozą prawdopodobieństwa lub też z przymrużeniem oka. Stąd logiczna wydaje mi się wypowiedź Wieśka Gawła, twierdzącego, że legenda ma swój rodowód być może już w XIX w. u Niemców, którzy ją stworzyli: „Legendy, bo Góra Żalisko i związana z nią legenda powstała u Niemców, podobnie jak większa część,  powoli wyłapywane i poznawane. Zna ich bardzo dużo emerytowany weterynarz z Torgelow Klaus Nudel. Ostatnio przysłał mi mało znaną legendę o „kąpieli” w Policach księcia Bogusława X po polowaniu w Puszczy Wkrzańskiej”.

jan

niedziela, 15 czerwca 2014

Francuzi w Policach 1813 r.

W latach 1806-1813 na Pomorzu, w Szczecinie i okolicach przebywali Francuzi okupując miasto. Szczecin ponosił finansowe i materialne straty. Majętni mieszkańcy mieli za obowiązek zapewnić generalicji, dowódcom wygodne kwatery. W 1812 r. przez Szczecin przemaszerowała część Wielkiej Armii: Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Polacy... Miasto trwało w chaosie i w gospodarczym impasie. Aby zabezpieczyć prowiant dla armii żołnierze Napoleona organizowali wyprawy w promieniu 3 mil pruskich (około 20 km) wokół Szczecina rekwirując bydło, zboże i inne jeszcze produkty żywnościowe. 1813 r. był szczególnie krytyczny dla francuskiego garnizonu, który po kilkumiesięcznym oblężeniu skapitulował przed Prusakami.

22. 2. 1813 r. o godz. 19.00 w Policach zupełnie niespodziewanie pojawił się oddział wojska francuskiego w składzie dwóch kapitanów, dwóch urzędników wojskowych, dwóch rzeźników, 110 żołnierzy szeregowych oraz dwóch podoficerów z żądaniem zakwaterowania. Następnego dnia rano urzędnik wojskowy zażądał sporządzenia spisu całego pogłowia krów i owiec trzymanych w mieście. Gdy to żądanie nie zostało spełnione, Francuz zagroził, że „bydło zostanie siłą wyprowadzone z obór”. Wobec takiej sytuacji mieszkańcy Polic uznali za konieczne, spełnić to żądanie. Francuski urzędnik - Commissiar” udał się z otrzymanym spisem do obu kapitanów. Wrócił po pół godzinie i powiedział, że najpierw udadzą się do okolicznych wiosek i jeśli tam dostaną odpowiednią ilość zwierząt, to wtedy oszczędzą miasto. Po południu udali się marszem do Jasienicy. W dniu 24.2 wrócili do Polic z dwoma jeszcze oficerami oraz kolejnymi 100 żołnierzami szeregowymi i pod groźbą zażądali 60 sztuk bydła, 20 owiec, 2 wispli owsa, 400 snopków siana, każdy po 10 funtów, 200 snopków słomy, każdy po 10 funtów i 12 korców grochu i kaszy jęczmiennej. Mieszkańcom Polic udało się wynegocjować zmniejszenie francuskich żądań do 30 sztuk bydła, 200 snopków siana i 100 snopków słomy, na co Francuzi ostatecznie się zgodzili, ponieważ żywności w Policach było bardzo mało.



Powyżej mapa okolic Szczecina - 1794 r.

Żądania miały być natychmiast spełnione. Kilku niezadowolonych mieszkańców Polic, zaczęli wszczynać awanturę i zagrozili nawet, że będą bić dzwonem na alarm domagając się, by oddać co najwyżej tylko 20 sztuk bydła. Spora grupa Francuzów rozumiała język niemiecki i słyszała te słowa. Oficerowie rozkazali żołnierzom załadować broń. Jeden z oficerów powiedział włodarzowi Polic „Dirigens”, że wygląda na to, iż za tym wszystkim stoi burmistrz i jeśli mieszkańcy naprawdę zaczną bić w dzwon na alarm, to on wtedy wyda rozkaz rozstrzelać go jako pierwszego, a następnie wystrzela wszystkich i pod każdy dom w mieście podłoży ogień. Zaraz po tym siłą wyprowadzono niektórym mieszkańcom bydło z obór. Gdy jednak wzburzenie po obu stronach opadło, Francuzi zwrócili siłą zabrane bydło i nastąpiło potem w sposób uporządkowany oddanie przez magistrat policki krów wraz z wyceną przeprowadzoną przez trzech rzeźników Schlonnera, Morgensterna i Kubrowa. Następnie Francuzi prowadząc krowy udali się marszem do Przęsocina po drodze szukając krów we wsiach. Przed swoim wymarszem przekazali oni kwit i powiedzieli, aby dwóch członków magistratu udało się Szczecina do „Comissar de guerre” po odbiór zapłaty. 



Wojska francuskie w Szczecinie - 1806 r.

Przedstawiciele Polic, którzy udali się rankiem 25.2 do Szczecina, wrócili dopiero wieczorem nazajutrz o godz. 21.00 do Polic i „nic nie przynieśli oprócz kolejnego kwitu”. Ponieważ po drodze dwie krowy uciekły, na kwicie wystawionym w Szczecinie potwierdzono stan 28 krów. Tak więc o zapłacie za krowy nie było w Szczecinie mowy (uznając to za) handel krowami, o którym to handlu współdecydowali mieszkańcy Polic.

Dalej w dokumentach zapisano, że: „ Teraz to oni powinni przejść po wsiach z żądaniem wydania im ziemniaków”. 21. marca 1813 r. przedstawiciele Polic składali w magistracie prośby, że ci mieszkańcy Polic, którym zarekwirowano krowy chcieliby otrzymać za nie pieniądze. Prośby te pozostały bez rezultatu. W latach 1817, 1818 i 1822 mieszkańcy Polic składali do magistratu petycje, w których domagano się rekompensaty za krowy odebrane przez Francuzów w roku 1813 r. Wypłata pieniędzy nastąpiła albo w gotówce przy wyliczeniu uśrednionej wartości wyceny sporządzonej w 1813 r. albo kwoty do wypłaty zostały rozliczone w ramach „należnych miejskich opłat” i zapisano je na dobro rachunku miasta Police. Rozliczenie takie skutkowało więc tym, że większość (poszkodowanych) mieszkańców nie otrzymała pieniędzy. Dopiero w roku 1828 „spełniono żądania większej części tutejszych mieszkańców”.
Na tym kończą się zapisy w aktach na temat francuskich wymuszeń.

Źródło:
Dr Stuckmann - Szczecin, "Kuchhandel" zwischen Franzosen und Poelitzern im Jahre 1813,
Heimatkalender für den Kreis Randow, 1934,
Dzieje Szczecina 1806-1945, t.III, Szczecin 1994


Tłumaczenie - Sławomir Bączyński

niedziela, 25 maja 2014

Żywe stare miasto

Od dawna marzyłem o takiej imprezie w polickim rynku. Choć nie tak piękny jak do 1945 r. to jednak plac nadal emanuje atmosferą przeszłości, sentymentu, nostalgii. W 2010 r. miało być hucznie w 750 lecie Polic, jednak oponenci wyliczali przeszkody w realizacji jakże poważnej chwili dla miasta nad Łarpią. I choć było dużo skromniej, to 4 lata wstecz rynek i tak zapełnił się gośćmi, odsłonięto tablice pamiątkowe, a obchody kontynuowano w innej części Polic. 



Przypomnę: miał być planowany wjazd Barnima I do rynku, miały być trybuny dla włodarzy blisko 30 miast, którym książę Barnim I nadał przywilej rozwoju przeistaczając je z osady do rangi ośrodka miejskiego. Planowaliśmy odnowienie i ponowne wręczenie symbolicznego dokumentu lokacyjnego. Miał być turniej rycerski. Dobrze, że w miejsce odrzuconych i nie zrealizowanych zdarzeń odbył się w Parku Staromiejskim wielki koncert „Lux Aeterna” z Piotrem Brodą na czele.




Stąd pomny tego, gdy zlecono mi prace przy organizacji „I Festynu pod Sediną” z Radą Osiedla nr 2 i Krystyną Seweryńczak, ucieszyłem się co nie miara.


 


Do historycznego zdarzenia doszło w ostatnią sobotę 24 maja, gdy w Tanowie, w Policach siąpił deszcz. Ale Opatrzność czuwała i między 14 a 19 w rynku było sucho, nie padało. Na placu opodal fontanny zjawiło się nader dużo ludzi: dzieci, młodzieży dorosłych. Dla nich wystąpili młodzi, ale też i stateczni artyści z Rady Osiedla nr 2, Uniwersytetu Trzeciego Wieku, Gimnazjum nr 2 i 3, MOK. Miałem przyjemność prowadzić to spotkanie z mikrofonem w ręku w otoczeniu sympatycznej widowni, wykonawców zachowanych starych kamienic, kaplicy polickiego rynku.




Ożywianie starej często zapominanej części miasta, to znakomite działanie nie tylko promocyjne, ale też kulturowe. Żyjąc w szalonych czasach postępu cywilizacyjnego nie wolno zapominać o tradycji, wartościach, przeszłości małej ojczyzny. Czekam zatem na kolejne oddolne, społeczne propozycje z Placu Chrobrego. O to miejsce warto dbać!

zdjęcia z zasobów Mariusza Hałgasa - dziękuję

jan